Nie bądź meduzą! czyli w drodze do szczęśliwego związku

 

Pisanie o związkach, o relacjach ma w sobie coś z ekshibicjonizmu. Nawet jeżeli tylko teoretyzujesz i nie mówisz o swoich doświadczeniach i tak wszyscy pomyślą, że chodzi o Twój osobisty związek. No cóż, trudno. Z pełną świadomością konsekwencji wpływam na nieznane wody. Obym nie poszła na dno.

Czy można mieć udany związek, nie będąc szczęśliwym człowiekiem? Nie, nie można. I na tym mogłabym zakończyć dzisiejszy tekst, jednak brnę dalej. Można przez jakiś czas udawać, że jest się fajną i zadowoloną z własnego istnienia osobą, zwłaszcza jak znajomość w dużej mierze toczy się online albo na odległość. Jest ogromna ilość narzędzi pozwalających długo i skutecznie pokazywać się partnerowi jako bardziej atrakcyjni niż w rzeczywistości jesteśmy. Pamiętajmy też, że  pierwotna ekscytacja przesłania wszelkie nasze niedoróbki, które i tak nie są widoczne przy użyciu dobrego filtra. I tak, co bystrzejsi pewnie się zorientowali, że to była metafora. Wcale nie chodzi tylko o atrakcyjność fizyczną, bo to często łatwiej jest poprawić (zwłaszcza dziewczyny wiedzą co mam na myśli), ale o nasze wnętrze. W pewnym momencie kurtyna opada i pokazuje się nasze prawdziwe ja.

I co tam znajdziemy?

Jeżeli szczęśliwą, autentyczną i niezależną osobę, to cudownie. W tym wypadku, o ile po drugiej stronie jest partner podobnego kalibru, jest możliwe disnejowskie zakończenie, czyli żyli długo i szczęśliwie. I nie mówię tu o stereotypowych silnych i niezależnych samotnych kobietach z kotem, które na zewnątrz epatują siłą a w domu płaczą wieczorem w poduszkę, przy butelce wina. Człowiek o jakim mówię to taki, który nie potrzebuje partnera do tego by być szczęśliwym. To taki człowiek, który nie szuka całe życie swojej „drugiej połówki” jabłka, czy innej pomarańczy. To taki człowiek, który dobrze czuje się sam ze sobą, który nie oczekuje, że ktoś inny będzie go uszczęśliwiał, który siedząc sam w domu cieszy się swoją własną obecnością. To człowiek, który daje, nie oczekując nic w zamian.  Ma swoje pasje, zainteresowanie, niekoniecznie te same które ma partner. Nie jest jego klonem, wierną kopią ale niezależnym bytem! Ale to też człowiek otwarty na relację, który z serdecznością jest gotowy zaprosić drugą osobę do swojego świata.

 

I nie należy tu mylić takiej osoby z zadufanym w sobie egocentrykiem, przekonanym o własnej zajebistości, który gardzi pozostałymi uważając ich za niegodnych dostąpienia zaszczytu wejścia z nim w relację. Takim człowiekom również nie wróżę szczęśliwego i długotrwałego związku.

Jeżeli nieustannie szukamy potwierdzenia własnej wartości w drugim człowieku, szukamy kogoś kto nas dopełni, czy nada życiu sens, to prosta droga na nieudane życie. Stajemy się meduzą, oblepiająca partnera, która nie zostawiając przestrzeni na nic innego poza sobą, wlewa się w każdy otwór. Taka emocjonalna meduza nie jest atrakcyjna dla nikogo poza podobną meduzą. Być może przez chwilę uda się pociągnąć taki związek, ale będzie on oparty na współczuciu, pomocy i uzależnieniu. Podobnie działa Caritas. Jak często lubisz chodzić do Caritasu? No właśnie…

Przypomnij sobie lato nad polskim morzem, gdy akurat jest ciepło i słonecznie, a w czystych wodach Bałtyku pływają meduzy. Te wyrzucone na brzeg zawsze nas intrygują, ciekawią, trochę im współczujemy, że takie biedne i nieporadne na tym piasku leżą. Nie bierzesz jednak meduzy ze sobą do domu, żeby się nią zaopiekować, karmić i zabierać na wakacje. Po krótkim okresie fascynacji, wrzucasz ją do wody i idziesz dalej. I tak nic by nie wyszło z tej relacji.

Jeżeli więc szukasz satysfakcjonującego i dojrzałego związku, nie bądź meduzą!

Jeżeli masz jakieś braki emocjonalne, z różnych przyczyn, często niezależnych od siebie, nie szukaj ich uzupełnienia w drugim człowieku, tylko znajdź przyczynę w sobie.

Bo zarówno choroba jak i lekarstwo jest tylko i wyłącznie w nas samych.

Nie znajdziesz leku na zewnątrz, a jeżeli już, to tak jak wszystkie leki koncernów farmaceutycznych, zlikwiduje on tylko objawy a nie przyczynę.

Więc zanim wpadniesz w ramiona kolejnego idealnego partnera, daj sobie czas na pobycie ze sobą, na poznanie się, na naprawienie i uzdrowienie własnego wnętrza. A dopiero potem wejdź z otwartym sercem i głową w nowy związek.

I nie, wcale nie namawiam teraz do trwania w toksycznej relacji pasożytniczej, gdy Ty dajesz i dajesz i dajesz a z drugiej strony beton, ściana, pustka i nicość. Wtedy zabieramy nasze poczucie własnej wartości i dziękujemy uprzejmie za takie doświadczenie.

I nie namawiam też do rzucenia wieloletniego partnera, po to żeby stać się silną i niezależną kobietą. Można to zrobić z mężem i dziećmi przy boku, często nawet przy ich wsparciu. I w równym stopniu dotyczy to mężczyzn.

Praca nad sobą jest najtrudniejszą pracą, jaką człowiek musi w życiu wykonać. Nie mając ku temu żadnych kwalifikacji i ucząc się jedynie tylko na swoich błędach (to zupełnie jak bycie rodzicem;)

Ale efekt końcowy to ogromna satysfakcja.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *