Psycholog też człowiek

Kończąc psychologię z dyplomem magistra, skończyłam też z poczuciem, że aby być psychologiem powinnam pasować do „wizerunku” tego zawodu. Czyli, jeśli by w tamtych czasach zapytać, jak wygląda kobieta – psycholog, brzmiało to mniej więcej tak: starsza pani w drucianych okularach, fryzura nijaka, trochę rozczochrana, szarobury golf i koniecznie długa, kocowa spódnica w kratę… Komponuje się? Nie rzucać się w oczy, być poważną, najlepiej surową, lekko na boku relacji społecznych, właściwie to „odrealnioną” (cóż psycholog wie o prawdziwym życiu? – to cyt. z niejednego przecież klienta… 😉 ). Psycholog myśli tylko o psychologii i lubi tylko to, co „psychologiczne”. Nieustannie ocenia otoczenie rentgenem w spojrzeniu. Oczywiste. Od rana do rana. Przy tym najlepiej, będąc w tej roli 24/7, nie przeżywać na głos żadnych szczególnych emocji, zawsze w opanowaniu i balansie, nie doświadczać stresu, złości, strachu, smutku, a już wcale to a wcale BEZRADNOŚCI. No bo jakże to tak… psycholog?? O ile wizerunek zewnętrzny psychologa szczęśliwie ewoluuje, o tyle z tym, jaka powinnam być, jak się zachowywać, co mi wypada a co nie – spotykam się stale. A jeśli ja, to zapewne też inni psycholodzy. Nawet w bliższym gronie padają słowa typu: „Eee, no coś ty, przecież jesteś PSYCHOLOGIEM”, „No psycholog by tak nie zrobił”, „Ty, jako psycholog, to powinnaś wiedzieć, że….” ( 😀 ). Niezwykłe, bo w naszym społeczeństwie wciąż nie ma tak znaczącej świadomości, co do roli psychologa, tego z czym i w jaki sposób pracuje, jak różnorodne (poza kozetką) są kierunki i specjalizacje, ale jaki POWINIEN psycholog być, wie niemalże każdy. Jak z piłką nożną.

Prawdą jest, że sami sobie też strzelamy samobója. My, psycholodzy, trenerzy, coachowie. Tak silnie opieramy swoją markę na „budowaniu wizerunku”, byciu ekspertem z markowym zegarkiem na ręku, bywa, że odbieramy sobie twarze, naturalność, odgrywamy role… A gdyby tak zajrzeć przez dziurkę od klucza do tego perfekcyjnego z zewnątrz życia, takiego do pozazdroszczenia, to okazuje się, że tam nie tylko nie ma czego zazdrościć, ale aż prosi się, by wziąć za rękę, spojrzeć z życzliwością w oczy i zapytać „w czym ja Tobie mogę pomóc?”… Nie dotyczy to rzecz jasna wszystkich :), znam wiele przypadków pięknej spójności, naturalności, the best of the bests w swoim fachu (ale nie zawsze równa się to byciu najbardziej na świeczniku). Problem jest jednak na tyle dla mnie zauważalny i powszechny, że warto go poruszyć, spojrzeć na siebie i zastanowić, ile cegiełek do mitów o zawodzie, ja sam dokładam. I jak mi z tym.

Jakiś czas borykałam się ze schematem, że aby robić zawodowo to, co kocham, muszę pasować do ramek obrazka. Zapominać po trochu kim jestem. Ta sytuacja spowodowała, że w wieku ok. trzydziestki przeżyłam (z drobnym poślizgiem) swój nastoletni 😉 bunt. Zrobiłam upragniony tattoo i przekułam brew. Lekko sparaliżowana jechałam na spotkanie sądowych mediatorów rodzinnych. Potem do pracy z osobami bezrobotnymi w Ośrodku Pomocy Społecznej. Plus wisienka na torcie – szkolenie dla kadry kierowniczej w administracji publicznej. I wiecie co?? I nic. Dokładnie nic. W zespole projektowym atmosfera udana jak zawsze, kontakt z bezrobotnymi i pracownikami socjalnymi mega, a ewaluacja ze szkolenia bardzo dobra. Żadnej kurka nigdzie wzmianki o… Aż się w końcu zaczęłam pytać: „Ej, nie widzisz nic dziwnego?”, a po drugiej stronie: „Ale że co?”, „No tatuaż i PIERCING!”, „A to ty nie miałaś??”. 😀 10 lat później ściągnęłam już kolczyk, ale wówczas, to była najlepsza informacja zwrotna ever. Symboliczny drobiazg. Bywa jednak, że odsuwamy coś bardziej znaczącego, co jest naturalną częścią nas, bo „nie wypada”, bo „co inni powiedzą”. A okazuje się, że jeśli jest coś NASZE, to po prostu JEST.

Potem zauważyłam, że coraz mniej chętnie w nowych towarzystwach przedstawiam się z zawodu (co było niegdyś moją dumą). Doświadczając zbyt często, że:

a) ukierunkowuje to momentalnie rozmowę na tematy typu „a bo wiesz, moja koleżanka, to ma taki a taki problem w pracy…”,

b) zamyka to ludzi w schematach, mimo iż zdążyłam się tylko przedstawić…

Dzieje się tak, nie tylko w zawodzie psychologa. W każdym innym. Bo przecież wiemy też 😉 jaki jest lekarz, dziennikarz, prawnik, hydraulik, aktor, dekorator wnętrz czy dyrektor handlowy. A na pewno to, jaki być powinien. Dlatego z tego miejsca apel Kochani – pozwólmy ludziom być sobą :). I SAMI, pozwólmy być sobie sobą.

Moje studia mnie ukształtowały. Nie zamieniłabym ich na inne. Jestem wdzięczna za całą  praktykę psychologiczną. Z uwagi na specyfikę kierunku i pracy, wykształcił się we mnie siłą rzeczy szczególny sposób patrzenia na ludzi, sytuacje, zjawiska. Analityczny umysł. Wielostronne spojrzenie. Uważność. Pokręcony nieco dla innych sposób rozumowania. Mamy w zawodzie pewne „typowe” cechy. Ale nie każdy psycholog jest taki sam. Pełna we mnie tożsamość z moim psychologicznym zapleczem, to jednak nie wszystko KIM JESTEM. Jestem nieprzewidywalna, emocjonalna, trochę nielogiczna. Łatwo się wzruszam. Potrzebuję sporo czasu po śmierci kogoś bliskiego na dojście do siebie. Martwię się „na zapas” o osoby dla mnie ważne. Mierzę się, jak każdy inny, z trudną diagnozą i chorobą. Stresuję przed czymś, czego nie znoszę i czuję, że mnie jakoś tam przerasta. Czasami lenię się i wyszukuję argumenty, by się za coś nie zabrać. Czuję się chwilami bezsilna i miotam się z tym, co dalej. Nie chce mi się podnosić słuchawki telefonu po godzinach pracy. Jak mnie coś mocno wkurzy, wybucham. Śmieję się do rozpuku. Rozmawiam z klientami bez ogródek. Miksuję nurty i metody pracy względem potrzeb, bo dla mnie liczy się bardziej człowiek niż teoria. Lubię książki dla dzieci zdecydowanie ponad „poradniki rozwojowe”. W kinie wolę obejrzeć Transformers niż dramat psychologiczny (no teraz to dałam…). Kocham krav-maga i przekraczanie granic. Potrzebuję poszaleć z przyjaciółkami. Aż się chce rzec: Przychodzi baba do psychologa, a psycholog też baba…

Mimo to 😉 sprawdzam się w tym, co zawodowo robię. Z efektami, z wdzięcznością. Po prostu będąc sobą… I oddalając to, co mną nie jest… A może właśnie dlatego. Świadomie znając swoje zasoby i świadomie ograniczenia. Mając sobą, swoim doświadczeniami coś do przekazania. Nie udając Mistrza Życia. Ale doceniając drogę. I dając innym przestrzeń na bycie tym, kim są. Niech to będzie ulga dla wszystkich fachów.

Autentyczność, bycie w zgodzie z tym, kim jestem, to jeden z najważniejszych darów, jakie mamy. Jesteś ważny/ ważna. I jesteś ok. taki, jaki/ jaka jesteś. <3 Nie gaśmy swojej prawdziwej wartości – ograniczenia są w stereotypach, które sami sobie budujemy, a magia zaczyna się dziać tam, gdzie możemy być w pełni sobą. Poza schematy i opadające szczęki po drodze.

8 Replies to “Psycholog też człowiek”

  1. Super wpis, bardzo potrzebny! (BTW cudna by była wersja tekstu dla nastolatków!). Ja od jakiegoś czasu usilnie przeciwstawiam się „byciu najlepszą wersją siebie”- bo to oznaczałby, że bycie sobą jest słabe lub niewystarczające. A mnie po 40stce wcale nie potrzeba swojej super wersji, bo super mi z tą zwykłą:) No i mam od wczoraj drugi tatoo 😉

  2. Jestem pod wrażeniem tego co przeczytalam… Świetnie napisane i malo tego bardzo prawdziwe😉👌 tez tak mam, że czasem się zapominam i myślę o tym co inni moga sadzic o mnie i czy oby na pewno oceniają mnie tak, jak bym chciala byc oceniania… Jak mi sie tak uzbiera to szybko sie otrząsam i wracam do „normalności”😁 nikt z nas nie jest doskonały, ale każdy z nas powinien byc autentyczny, bez udawania😏 uwielbiam kiedy inni czuja sie przy mnie swobodnie, bo wiem, że relacje te sa dużo trwalsze😍 pozdrawiam Ciebie L❤

    1. Autentyczność to słowo, które bardzo tu lubimy:) oczywiście każdej z nas zdarza się wpadać w schematy i skrypty napisane przez innych, ale szybko się z nich wyrywamy, niczym z okowów mrozu:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *