Kobieta kontra uliczna przemoc- czy mamy szansę się obronić?

Gdybym miała wybrać jedno słowo, które określa nasze czasy, które je w sposób jednoznaczny definiuje, wybrałabym bez zastanowienia słowo „przemoc”. Codziennie spotykamy się z różnymi jej formami, nie tylko tą najbardziej brutalną, przemocą fizyczną, ale też werbalną czy psychiczną, Dziś jednak kilka słów własnie o tej, która zostawia ślady na ciele.

Nie oznacza to oczywiście, że w średniowieczu ludzie byli spokojniejsi, bardziej mili i brzydzili się przemocą. Ale to co nas dziś otacza to absolutna eksplozja bezsensownej, niczym nie uzasadnionej agresji. Niemalże codziennie słyszymy, widzimy lub bezpośrednio doświadczamy ataków. W zeszłym roku, w wakacje sama byłam mimowolnym uczestnikiem zdarzenia, które długo nie dawało mi spokoju.

Wakacje z dziećmi i mordobicie

Do lokalu w nadmorskiej miejscowości, w którym wraz z rodziną, z dziećmi, mamą i siostrą spożywałyśmy spokojnie kolację,  wtargnęło najpierw dwóch, potem jeszcze trzech dżentelmenów w nienagannie odprasowanych dresach. Rozbiegany wzrok i kwiecista polszczyzna świadczyły o wciągnięciu kreseczki lub zażyciu tableteczki, a prawdopodobnie jedno i drugie mogło mieć miejsce. Panowie rozpoczęli dyskusję wybierając starannie partnerów do rozmowy. Używali rzeczowych oraz merytorycznych argumentów i ewidentnie chcieli pomóc w rozwiązaniu jakiegoś problemu, ponieważ wielokrotnie pytali „masz kurwa jakiś problem?” Instynkt macierzyński uaktywnił się u mnie jako pierwszy i najpierw zorganizowałam wszystkim dzieciom tymczasowy schron, zlokalizowany w zamkniętej spiżarni restauracji. Tymczasem panowie dawali sobie kulturalnie po ryjach i rzucali stołami. Dosłownie, nie ma w tym zdaniu żadnej metafory. W tym czasie ja patrzałam. Nie, nie miałam ochoty rzucić się z pomocą. Panowie wybrali sobie równie rosłych dżentelmenów do rozmowy, więc nie miałam dylematu, że biją kobietę, dziecko, staruszkę czy inwalidę. Nie dość, że nie miałam zamiaru rzucić się na pomoc, to wstyd się przyznać, ale stałam jak sparaliżowana i porażona skalą agresji. Wydawać by się mogło, że amerykańskie filmy przygotowały mnie na tyle, że powinnam stać niewzruszona. Natomiast patrząc na tą scenę miałam wrażenie, że nie jest ona rzeczywista, że to się nie dzieje na moich oczach. Czyli trener jednak mógł mieć trochę racji mówiąc o rosnącej agresji polskiej ulicy…

Wszystko skończyłoby się dobrze, to znaczy mordobicie zakończyłoby się kulturalnymi bluzgami a finalnie rozejściem, gdyby pod koniec imprezy właścicielka knajpy nie rzuciła się ze ścierką (tak ze ścierką nie z wałkiem czy chociażby z tłuczkiem do mięsa) na agresorów, z chęcią ich przegonienia. Niestety, nie wzięła pod uwagę, że panowie głęboko w dupie mają fakt, że jest kobietą. Zobaczyłam piękny okaz podwórkowej ręki młot od tyłu. Pani właścicielka padła nieprzytomna na twarz, uderzając z hukiem o betonowy chodnik. Towarzystwo ulotniło się w nanosekundę.  Mój paraliż w końcu ustąpił i rzuciłam się do kobiety z pomocą. Nie wiedziałam, że czoło potrafi tak krwawić. Uciskałam ranę do momentu przyjazdu karetki, czyli zaledwie 40 minut (no comment….). Policjant, który zjawił 20 minut po zniknięciu agresorów, pomagał mi założyć trzęsącymi się rękami opatrunek. Gwoli ścisłości, to ręce policjanta się trzęsły, a nie moje. Karetka z przytomną już na szczęście właścicielką odjechała, a ja musiałam teraz autentycznie roztrzęsionym dzieciom wyjaśnić, co tu się właśnie odjebało.

I jak to teraz wyjaśnić dzieciom?…

Tylko, że sama nie byłam pewna… Jak wyjaśnić niczym nieuzasadnioną agresję? Siedzisz sobie spokojnie i wcinasz zamówioną pizzę, gdy nagle kilku mieszkańców podwarszawskiej wsi (jak się później okazało) przyszło sklepać Tobie i Twojemu koledze ryj. Jednak pomimo faktu, że było to wstrząsające doświadczenie, zwłaszcza dla moich dzieci, było one również bardzo cenne. Gdy emocje opadły, zastanawiałam się, dlaczego byłam świadkiem takiego wydarzenia. Bo wiadomo, że nic nie dzieje się bez przyczyny. I pomyślałam sobie, że chodzi o pokorę. Musiałam to zobaczyć własnie po to, żeby nabrać pokory. Ok, przyznaję, że miałam taki moment, że poczułam się ciut pewniej (w końcu miałam już CAŁE P2 w Krav Maga…). Dzięki tej scence rodzajowej jednak, szybko zostałam sprowadzona do parteru a nawet kilka pięter pod ziemię, nie tylko jeżeli chodzi o moje umiejętności ale nawet o sposób i czas mojej reakcji. W starciu z taką agresją nie miałabym najmniejszych szans. Koniec i kropka.

Mogłabym zadać sobie pytanie, czy jest w takim razie sens się szkolić z zakresu samoobrony? Skoro wystarczy jeden cios ogra bez szyji i leżę. Ale czy gdybym nie trenowała, to zareagowałabym równie przytomnie chroniąc moje dzieci, czy udzielając pomocy poszkodowanej kobiecie? Minął równo rok od tego wydarzenia a ja często do niego wracam myślami. Wiem, że w starciu z bezmyślną przemocą mam małe szanse jako kobieta. Jednak uczę się też wcześniej rozpoznawać zagrożenia i ich unikać, co już stanowi połowę sukcesu. Bądźmy czujne. Podnieśmy łeb znad telefonu idąc wieczorem ulicą, wyjmijmy słuchawki z uszu, idźmy główną droga a nie skrótem przez ciemne uliczki. Myślmy i przewidujmy. My kobiety zawsze byłyśmy łatwym celem. Fizycznie słabsze, przerażone, delikatniejsze i od dziecka uczone uległości i posłuszeństwa. Ale możemy się bronić. Przez bycie świadomą zagrożeń. Agresor nie spodziewa się dużego oporu więc naszą siłą jest również zaskoczenie. I nie brońmy za wszelką cenę portfela czy telefonu. To tylko rzeczy. Natomiast jeżeli chodzi o własne życie, broń się do końca. Jak mówi mój trener, o prawnika będziesz się martwić później.

Jeżeli ktoś ma ochotę obejrzeć filmik ze sceny, którą opisuję, poniżej link. Wszystko w biały dzień…

W tym artykule dopiero musnęłam temat agresji. Z pewnością do niego powrócę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *